Słowa tej książki rodziły się z ciszy - tej porannej, unoszącej się nad Teleśnicą, Kalnicą i Werlasem. We mgle niosącej zarysy i echa dawnych historii.
Michał "Gier" Giercuszkiewicz wyrasta tu jak samotna wyspa na bieszczadzkim archipelagu: surowy, z tą hardością lodowego uścisku bieszczadzkiej nocy, która nie odstrasza, lecz przyciąga prawdę. To opowieść o życiu utkanym z wody, drewna, śmiechu i milczenia; o wolności, która pachnie dymem z ogniska i chłodem oddechu o świcie. Chwile pojawiają się tu i znikają jak ślady na plaży po przypływie - kruche, nietrwałe, a jednak opowiadające prawdę o człowieku.
Bieszczady w tej książce nie są miejscem, lecz stanem ducha. Cisza ma tu własny pogłos, a samotność staje się przestrzenią dojrzewania. To proza, która ocala doświadczenie, rozświetla pęknięcia w murze i pozwala na chwilę zamieszkać w tym, co najprostsze i najprawdziwsze.