Trudno chociażby zaprzeczyć, iż kalwiński ikonoklazm rzeczywiście wymiótł ze świątyni wszelką figuralną sztukę i obrazowe zdobnictwo – podobnie przecież (czy też przede wszystkim), jak starał się usunąć z serc oraz umysłów wszystko, co zbędne, a tym bardziej szkodliwe, dla zbawienia ludzkiej duszy. Zostawił jeno Człowieka – w jego kruchej nagości, zbłąkaniu, skażeniu i smutnym wewnętrznym rozbiciu – oraz skierowane do niego Słowo Boga. Ma ono w całej swej mocy i bogactwie wybrzmiewać w bezobrazowej pustce świątyni (duszy), w której pozostał tylko nagi Krzyż – symbol Wszystkiego – oraz Pismo – Słowo, w którym Wszystko tajemnie jest zawarte. […] Pan Zastępów, nie jest kulturalnym koneserem sztuki, łagodnym bywalcem muzeów Jemu samemu poświęconych. Jest natomiast Bogiem pustyni, potarganych namiotów, palącego słońca, pyłu w spierzchniętych ustach i przepaści roziskrzonego gwiazdami nieba; […] Kalwiński radykalny, najściślej monoteistyczny ikonoklazm – jako pewna koncepcja – znosi tedy w końcu nawet sam siebie, ponieważ nie jest on żadną teorią, ale pewną całościową postawą ducha, czyniącego w sobie – poprzez wiarę – pustą przestrzeń dla wkroczenia weń Słowa, które objawia Niewidzialnego, „Nieznanego Boga” (Dz 17,23). […] To, co w kalwinizmie może szczególnie trudne do przyjęcia i zaakceptowania dla współczesnego człowieka – a co jest absolutnie konieczne, by w ogóle go zrozumieć – to radykalna i konsekwentna zmiana perspektywy z antropocentrycznej na teocentryczną. Fragment Wstępu