✖ Opinia niepotwierdzona zakupem
„Nigdy nie możemy być pewni, że naprawdę znamy człowieka, który stoi obok nas”.
Są takie historie, które początkowo wydają się iść w zupełnie przewidywalnym kierunku. Poznajemy bohaterkę, poznajemy jej przeszłość, zaczynamy rozumieć jej emocje, współczuć jej i nawet — mimo pewnych wątpliwości — trzymać za nią kciuki. A później przychodzi moment, w którym zaczynamy zadawać sobie pytanie: czy naprawdę wiemy, komu kibicujemy?
I właśnie takie uczucie towarzyszyło mi podczas lektury „Jestem tuż za Tobą” Georgii McVeigh.
Iris poznajemy w bardzo trudnym momencie jej życia. Dziewczyna straciła ukochanego — mężczyznę, z którym miała spędzić przyszłość. Jej narzeczony odszedł, pozostawiając ją z ogromną pustką i bólem, z którym najwyraźniej nie potrafi poradzić sobie samotnie. Dlatego zaczyna uczęszczać na spotkania grupy dla osób pogrążonych w żałobie. Ma nadzieję, że rozmowy z ludźmi, którzy również wiedzą, czym jest strata, pomogą jej choć trochę odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
Właśnie tam pojawia się Jack.
Przystojny, czarujący wdowiec, który — podobnie jak Iris — stracił bliską osobę. Jednak coś sprawia, że ich historia od samego początku wydaje się Iris wyjątkowa. Kiedy okazuje się, że oboje przeżyli swoją tragedię dokładnie tego samego dnia, dziewczyna zaczyna wierzyć, że nie może być to zwykły przypadek.
Dla niej to znak.
Przeznaczenie.
Może nawet druga szansa.
Iris postanawia zrobić wszystko, aby Jack pojawił się w jej życiu na stałe.
Tylko że bardzo szybko okazuje się, że jej „wszystko” zaczyna nabierać zupełnie innego znaczenia, niż można byłoby się spodziewać.
Śledzenie. Szpiegowanie w internecie. Zdobywanie informacji. Zmienianie swojego wyglądu. Dopasowywanie się do wyobrażeń o kobiecie, która mogłaby spodobać się Jackowi. Iris rozpoczyna swoją własną, bardzo skrupulatnie zaplanowaną grę. Jest przekonana, że wie, czego chce i że jej działania są usprawiedliwione przez uczucia, które zaczyna żywić do mężczyzny.
Tylko czy naprawdę możemy usprawiedliwić wszystko miłością?
Autorka bardzo długo prowadzi czytelnika przez historię Iris. Narracja nieustannie przeskakuje pomiędzy teraźniejszością a kolejnymi etapami jej życia — od dzieciństwa aż po wydarzenia, które doprowadziły ją do miejsca, w którym poznajemy ją na początku powieści. Początkowo miałam wrażenie, że te wspomnienia są przede wszystkim próbą wytłumaczenia jej zachowania. Że być może, jeśli poznamy jej przeszłość wystarczająco dobrze, łatwiej będzie nam ją zrozumieć.
I wiecie co?
Przez pewien czas naprawdę jej kibicowałam.
Próbowałam ją usprawiedliwiać. Szukałam powodów, dla których jest taka, jaka jest. Być może dlatego, że pewne emocje, które opisuje autorka, były mi po prostu bliskie. Ból. Poczucie niezrozumienia. Odrzucenie. Samotność, nawet wtedy, gdy wokół są inni ludzie.
Iris naprawdę nie miała łatwego życia.
Relacje z rodziną, jej siostrą bliźniaczką i rówieśnikami zamiast dawać jej poczucie bezpieczeństwa, często tylko pogłębiały jej przekonanie, że jest kimś gorszym, mniej ważnym i niewystarczającym. I chyba właśnie dlatego na początku tak łatwo było mi znaleźć dla niej zrozumienie. Patrzyłam na nią przede wszystkim przez pryzmat tego, co ją spotkało.
Ale im dalej zagłębiałam się w tę historię, tym trudniej było mi nadal patrzeć na Iris w ten sam sposób.
Bo w pewnym momencie zaczęłam dostrzegać coś znacznie bardziej niepokojącego.
Kłamstwa.
I to nie zawsze takie, które można byłoby wytłumaczyć strachem czy próbą ochrony siebie. Czasami miałam wrażenie, że Iris kłamie właściwie bez powodu. Jakby prawda była dla niej niewygodna nie dlatego, że mogłaby ją zranić, ale dlatego, że nie pasowała do historii, którą sama postanowiła stworzyć.
Manipulacja. Udawanie kogoś, kim się nie jest. Dopasowywanie rzeczywistości do własnych potrzeb. Kreowanie wizerunku i oczekiwanie, że inni zobaczą dokładnie tę wersję Iris, którą ona chce im pokazać.
W pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się, gdzie właściwie kończy się prawda.
I czy kiedykolwiek naprawdę ją poznałam.
To właśnie ten element najbardziej przypadł mi do gustu. Georgia McVeigh bardzo sprawnie manipuluje czytelnikiem. Podrzuca nam kolejne informacje, prowadzi nas w określonym kierunku, pozwala wyciągać własne wnioski, a później sprawia, że zaczynamy kwestionować wszystko, co do tej pory uznawaliśmy za pewnik.
I nawet kiedy wydawało mi się, że już wiem, co się dzieje, nadal pozostawało we mnie to niepokojące pytanie:
A jeśli znowu ktoś mnie okłamuje?
Muszę jednak przyznać, że początek książki nie porwał mnie od razu. Przez pierwszą część momentami miałam wrażenie, że thriller schodzi na dalszy plan, a otrzymujemy przede wszystkim obyczajową opowieść o życiu Iris. Niektóre fragmenty nieco mnie męczyły i chwilami czekałam na moment, w którym historia zacznie nabierać większego tempa.
Ale kiedy już zaczęła...
Nie mogłam się oderwać.
Końcówkę dosłownie pochłonęłam w jeden wieczór. Strony zaczęły znikać jedna po drugiej, a ja coraz bardziej chciałam wiedzieć, dokąd autorka mnie prowadzi. I chyba właśnie wtedy „Jestem tuż za Tobą” pokazało mi, że nie warto zbyt szybko skreślać historii tylko dlatego, że jej początek nie wywołał natychmiastowego efektu „wow”.
Bo czasami warto dać książce trochę czasu.
Zwłaszcza kiedy na końcu zostaje się z poczuciem, że być może nic z tego, co przeczytaliśmy, nie było dokładnie takie, jak nam się wydawało.
„Jestem tuż za Tobą” to historia o żałobie, samotności i potrzebie bycia kochanym. O tym, jak bardzo człowiek pragnie czasami, aby ktoś wypełnił pustkę pozostawioną przez drugą osobę. Ale jest to również opowieść o obsesji, manipulacji i granicach, które mogą zacząć się zacierać, kiedy przestajemy odróżniać nasze pragnienia od rzeczywistości.
Czy Iris jest ofiarą?
Czy może od początku była kimś zupełnie innym, niż chciała, abyśmy uwierzyli?
Na to pytanie każdy czytelnik będzie musiał odpowiedzieć sobie sam.
Jedno jest jednak pewne — po tej lekturze naprawdę trudno zaufać temu, co widzimy na pierwszy rzut oka.