✖ Opinia niepotwierdzona zakupem
„Kasandra w ruinach. Tom II” – Magda Knedler
Na kontynuację losów Kasandry nie musiałam długo czekać. I chyba już po kilku pierwszych stronach wiedziałam, że moje obawy były zupełnie niepotrzebne. Po pierwszym tomie miałam naprawdę wysokie oczekiwania, ale drugi ponownie mnie nie zawiódł. Wręcz przeciwnie – jeszcze mocniej poczułam, jak spójną i przemyślaną historię stworzyła Magda Knedler.
Mam jednak jedną uwagę – nadal nie jestem fanką dzielenia jednej większej historii na dwa tomy. Tutaj szczególnie mocno to czuć, bo oba tomy są ze sobą tak mocno związane, że odbierałam je właściwie jako jedną opowieść podzieloną na dwie części. Rozumiem jednak zależności rynku i oczekiwania czytelników, dlatego ostatecznie nie zmienia to mojego odbioru całej historii.
W pierwszym tomie poznawaliśmy przede wszystkim świat międzywojenny. Tutaj wojna wkracza już na dobre. I muszę przyznać, że Magda Knedler po raz kolejny zrobiła na mnie ogromne wrażenie tym, jak potrafi oddać realia tamtych czasów.
Czytając, naprawdę czułam ten ciężar.
Ten wszechobecny strach. Niepewność. Poczucie, że kolejny dzień wcale nie musi nadejść. Ale najbardziej poruszało mnie to, że bohaterowie często bali się nie o siebie, lecz o tych, których kochali. Bo chyba właśnie taki strach jest najgorszy – kiedy własne życie przestaje mieć znaczenie, a jedyne, o czym myślisz, to czy osoba, którą kochasz, przeżyje.
I właśnie w tym wszystkim jeszcze mocniej wybrzmiewa dar Kasandry.
Jasnowidzenie, które mogłoby wydawać się czymś niezwykłym, tutaj staje się przede wszystkim ogromnym ciężarem. Bo co zrobić, kiedy widzisz coś, co dopiero ma się wydarzyć? Jak przekonać innych, że Twoje ostrzeżenie jest prawdziwe? I najważniejsze – czy sami uwierzylibyśmy komuś, kto powiedziałby nam, że nadchodzi tragedia?
Nie wiem.
I chyba właśnie ta niepewność podobała mi się najbardziej.
Przyszłość jest płynna. Nadzieja pojawia się obok zwątpienia. Człowiek chce wierzyć, że można jeszcze coś zmienić, uratować ludzi, ocalić książki, dzieła sztuki, pamięć o tym, kim byliśmy. Ale jednocześnie cały czas pozostaje pytanie, czy nie jest już za późno.
Staszek po raz kolejny ogromnie mnie poruszył. Już przy pierwszym tomie pisałam, że jest dla mnie postacią, która podnosi na duchu. I mimo że po tym wszystkim, czego doświadcza, pewnie sam by się z tym nie zgodził, ja nadal tak go odbieram.
Może właśnie dlatego, że nie jest niezniszczalnym bohaterem.
On się boi. Cierpi. Wątpi. Traci nadzieję. A jednak idzie dalej.
I chyba właśnie to jest dla mnie największą siłą tej postaci.
Podczas czytania czułam ogromny ból związany z tym, co tracili ludzie. Domy. Bliskich. Poczucie bezpieczeństwa. Ale również dziedzictwo narodowe, książki, dokumenty, rzeczy, których nie da się już odzyskać.
Ten moment, kiedy świat rozpada się na kawałki, a człowiek próbuje ocalić chociaż jego fragmenty, był dla mnie niezwykle przejmujący.
Bardzo podobała mi się również kreacja bohaterów – zarówno tych, których pokochałam, jak i tych, którzy wzbudzali we mnie złość czy niechęć. Autorka potrafiła nadać im wiarygodność, a dodatkowo wplatając w fabułę osoby, które naprawdę żyły, jeszcze mocniej przypominała mi, że historia przedstawiona na kartach tej powieści nie jest tylko fikcją.
To wszystko wydarzyło się naprawdę.
I chyba właśnie dlatego ta książka tak mocno zostaje w głowie.
„Kasandra w ruinach” jest dla mnie opowieścią o strachu, miłości, stracie, pamięci i nadziei. O tym, jak trudno zrobić kolejny krok, kiedy wszystko wokół jest zniszczone. O próbie rozpoczęcia życia w świecie, który dopiero powstaje z ruin.
A jednak zakończenie przynosi coś, czego bardzo potrzebowałam po tej całej historii – nadzieję.
Czarne chmury wreszcie zaczynają się rozsuwać. Pojawia się światło. I choć wiem, jak wiele bohaterowie musieli przejść, po ostatnich stronach zostało we mnie przekonanie, że może jednak będzie dobrze.
Może właśnie dlatego tak mocno zapamiętam tę historię.
Bo mimo całego bólu nie odbiera nadziei.
A czasami właśnie tego najbardziej potrzebuję od książki.