✖ Opinia niepotwierdzona zakupem
Są historie, o których wiemy wszystko. Znamy ich daty, nazwiska, dramatyczne szczegóły. Potrafimy opowiedzieć o nich nawet wtedy, gdy nigdy nie doświadczyliśmy ich osobiście.
Titanic.
Niemal każdy zna tę historię.
A „Heweliusz”?
Muszę przyznać, że historia tej katastrofy do tej pory była mi praktycznie nieznana. I to właśnie jest dla mnie najbardziej przykre. Urodziłam się w 1993 roku, zaledwie kilka miesięcy po tych tragicznych wydarzeniach, a mimo to przez całe życie nikt nie sprawił, że ta historia naprawdę do mnie dotarła.
Katastrofa wydarzyła się przecież na naszym własnym morzu. Zginęli ludzie. Byli czyimiś rodzicami, dziećmi, partnerami, przyjaciółmi. Mieli plany, marzenia i zapewne nie przypuszczali, że podróż, która miała być kolejną zwyczajną przeprawą, stanie się ich ostatnią.
I nie potrafię przestać o tym myśleć.
Nie znam jeszcze wszystkich faktów historycznych związanych z katastrofą, dlatego nie jestem w stanie jednoznacznie powiedzieć, które wydarzenia przedstawione w tej historii zostały odtworzone zgodnie z rzeczywistością, a które są elementem literackiej fikcji. Dialogi, prywatne rozmowy czy chwile, których nikt nie mógł udokumentować, musiały przecież zostać w pewien sposób dopowiedziane przez autora.
Jednak nawet mając tego świadomość, podczas poznawania tej historii czułam przede wszystkim ogromny smutek.
Smutek wobec tych, którzy zginęli.
Smutek wobec ich rodzin.
Ale obok smutku pojawiła się również złość. I chyba właśnie ona została ze mną najmocniej.
Bo trudno pogodzić się z tym, jak wyglądały działania ratunkowe. Trudno zrozumieć, że katastrofa wydarzyła się tak blisko lądu, w końcówce XX wieku, a mimo to śmierć poniosło tak wiele osób. Człowiek mimowolnie zaczyna zadawać sobie pytania.
Czy naprawdę nie można było zrobić więcej?
Czy można było uratować więcej ludzi?
Czy ktoś gdzieś podjął decyzję, która zaważyła na ludzkim życiu?
Nie twierdzę, że znam wszystkie odpowiedzi. Właśnie dlatego chcę jeszcze bardziej zagłębić się w fakty dotyczące tej tragedii. Ale jedno wiem na pewno — o „Heweliuszu” powinno się mówić.
Powinniśmy pamiętać.
Uważam, że katastrofa promu „Jan Heweliusz” jest częścią ważnej, współczesnej historii Polski i być może powinna znaleźć swoje miejsce również w szkolnej edukacji. Nie po to, aby po latach wskazywać palcem winnych i szukać kolejnych osób, na których można „wieszać psy”. Nie po to, aby wzbudzać sensację.
Ale po to, aby pamiętać o ludziach.
O tych, którzy tam byli.
O tych, którzy czekali na ich powrót.
I o tym, co wydarzyło się później.
Ta historia po raz kolejny pokazuje, że pieniądze, wpływy i władza potrafią przesłonić bardzo wiele. Że ludzie, chcąc chronić własne interesy, są czasem w stanie zrobić rzeczy, które trudno zaakceptować. Są w stanie odwracać wzrok, milczeć, przerzucać odpowiedzialność, a nawet oczerniać tych, którzy do ostatniej chwili próbowali ratować innych.
Najbardziej porusza mnie jednak myśl o człowieku, który do ostatniego oddechu miał nadzieję, że uda mu się uratować ludzi.
I gdzieś pośród sztormu, strachu, chaosu i bezradności rozbrzmiewa jedno słowo.
Mayday.
Wołanie o pomoc.
Słowo, które powinno oznaczać nadzieję.
A dla wielu stało się ostatnim wołaniem.
Ta historia zostawiła we mnie ogrom emocji. Smutek. Złość. Bezsilność. I przede wszystkim przekonanie, że nie możemy pozwolić, aby takie wydarzenia zostały zapomniane tylko dlatego, że minęły lata.
Bo za każdą katastrofą kryją się nie tylko liczby.
Kryją się ludzie.
A ludzie zasługują na pamięć.
Czy znaliście historię „Heweliusza” przed przeczytaniem tej książki?