Nowoczesność nie lubi dawnej metafizyki władzy. Eksperymentuje z porządkiem wychowania i polityki. Rządy, słyszymy, powinny ograniczyć się do zarządzania. Należy zrezygnować z dawnych form sprawowania władzy: zamiast osobistych decyzji – obiektywne procedury, zamiast autorytetu – opinia anonimowych ekspertów. Urzędnicza ocena powinna być bezosobowa i przezroczysta: ilościowa, a nie jakościowa. Taki jest warunek, mówią, prawdziwej równości i obiektywizmu. Źródło tych przemian jest oczywiste. Z jednej strony jest nim postrewolucyjna dynamika Zachodu, który, wciąż obracając się w dawnych koleinach, usiłuje tym razem przekroczyć już nie tylko społeczne (historycznie ukształtowane), lecz także naturalne (dane nam z przyrodzenia) hierarchie i granice. Z drugiej: suflowany przez nauki przyrodnicze obraz natury jako mechanizmu rządzonego przez prawa ilościowe. Na naszych oczach wyłania się coś na kształt wszechwładnego Państwa-Maszyny, panującego nad homogeniczną populacją jednostek-atomów, które niczym od siebie się nie różnią.