✖ Opinia niepotwierdzona zakupem
Lubię patrzeć, gdy cieszysz się małymi sukcesami. A czasami żeby wygrać, trzeba przegrać.
Wszystko, co jest choć odrobinę warte, nie jest łatwe. Po spotkaniu masz wyjść z pracowni i wrócić tutaj dopiero, gdy sobie w życiu posprzątasz.
Czasem okazuje się, że największe szczęście mają pechowcy, którzy nie stracili nadziei.
Zuzanna i Wojtek wciąż walczą z problemami na wielu frontach.
Ona próbuje ogarnąć pracę, mimo,że jej obecny przełożony Rafał Zacharski biorąc odwet za przeszłość po prostu ją dręczy.
Na szczęście kobieta może liczyć na wsparcie Wojtka Matejczuka i to mimo faktu,że mężczyzna również toczy batalię o dobro i spokojne dzieciństwo swego syna - Franka.
Oboje pragną spełnić swoje marzenia o życiowej stabilizacji.
Dziewczyna marzy o otwarciu własnej restauracji, lecz by to zrobić musi uwolnić się spod tyranii szefa.
Jednak tym, co szczególnie skradło moje serce, była relacja Zuzy z Frankiem.
Między tą dwójką pojawiła się niezwykle ciepła i szczera więź, która z każdą kolejną chwilą stawała się coraz ważniejsza. Ich relacja nie została zbudowana na wielkich deklaracjach, ale na drobnych gestach, rozmowach, obecności i wzajemnym zaufaniu. Zuza potrafi być przy Franku wtedy, kiedy tego potrzebuje. Umie go wysłuchać, dostrzec jego emocje i dać mu coś, czego czasami najbardziej potrzebujemy od drugiego człowieka – poczucie, że jesteśmy ważni.
I chyba właśnie ta naturalność najbardziej mnie w nich ujęła.
Franek nie jest jedynie „synem Wojtka”, który pojawia się gdzieś w tle historii. Jest pełnoprawnym bohaterem tej opowieści, a jego relacja z Zuzą wnosi do niej mnóstwo ciepła. Obserwowanie, jak ta dwójka coraz bardziej się do siebie zbliża, jak rodzi się między nimi przywiązanie i jak Zuza staje się dla niego kimś naprawdę ważnym, było dla mnie bardzo wzruszające.
To piękne, kiedy dziecko potrafi zaufać dorosłemu człowiekowi nie dlatego, że ktoś mu każe, ale dlatego, że czuje się przy nim bezpiecznie.
A Zuza daje Frankowi właśnie takie poczucie.
Jednocześnie mam wrażenie, że ta relacja działa w obie strony. Nie tylko Franek potrzebuje Zuzy. Ona również odnajduje przy nim coś, czego być może sama długo szukała. Ciepło, bliskość i świadomość, że może być dla kogoś ważna. Ich wspólne chwile mają w sobie coś niezwykle kojącego i sprawiają, że historia nabiera jeszcze większej głębi.
Bardzo podobało mi się również to, że uczucie Zuzy i Wojtka nie zostało pokazane w oderwaniu od codzienności. Ich relacja musi zmierzyć się z prawdziwymi problemami, odpowiedzialnością, przeszłością i troską o Franka. To nie jest bajka, w której wystarczy się w sobie zakochać, a wszystkie problemy nagle znikają. Wręcz przeciwnie – życie nieustannie wystawia ich na kolejne próby.
Wojtek sam ma przecież o co walczyć. Dobro jego syna jest dla niego najważniejsze, dlatego jego decyzje nie zawsze są łatwe. Widać w nim mężczyznę, który bardzo chce zapewnić Frankowi spokojne dzieciństwo, a jednocześnie próbuje znaleźć w tym wszystkim miejsce dla własnego szczęścia.
I właśnie to podobało mi się w tej historii najbardziej – bohaterowie nie są idealni. Popełniają błędy, podejmują trudne decyzje, czasami się gubią, ale mimo wszystko próbują iść dalej.
Czy jej się uda? Przecież Blanka nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa..
Nie mniej ciekawie zapowiada się wątek Sary , która nieoczekiwanie dla swoich przyjaciół wyraźnie odsunęła od siebie Kubę.
Co sprawiło, że nagle postanowiła postawić między nimi mur? Dlaczego odsuwa od siebie człowieka, który był jej tak bliski? I czy można uciec od uczuć, które mimo wszystko wciąż gdzieś w nas pozostają?
Mam wrażenie, że każdy z tych bohaterów na swój sposób szuka odpowiedzi na to samo pytanie – czy po wszystkich rozczarowaniach, trudnościach i błędach można jeszcze uwierzyć, że przed nami naprawdę może być coś dobrego?
„Na całe szczęście” jest historią o poszukiwaniu własnego miejsca, o walce o marzenia i o tym, jak trudno czasami zrobić pierwszy krok w stronę lepszego życia. Jest tutaj sporo emocji, ale również momentów, które wywołują uśmiech i dają czytelnikowi odrobinę wytchnienia.
Są chwile, kiedy bohaterowie mają wszystkiego dość. Kiedy przeszłość wraca w najmniej odpowiednim momencie. Kiedy marzenia wydają się zbyt odległe, a problemy zaczynają piętrzyć się jeden po drugim. Ale właśnie wtedy pojawia się coś, co jest chyba najważniejsze w całej tej historii – nadzieja.
Bo czasami naprawdę trzeba przegrać, żeby później móc wygrać coś znacznie ważniejszego.
Czasami trzeba odpuścić to, co nas niszczy, żeby zrobić miejsce dla czegoś nowego.
A czasami szczęście przychodzi pod postacią człowieka, którego wcale się nie spodziewaliśmy.
Karolina Tomaszewska stworzyła historię, w której łatwo odnaleźć emocje bliskie codziennemu życiu. Nie ma tutaj prostych rozwiązań na wszystko. Są za to ludzie, którzy próbują poukładać swoje życie na nowo, zawalczyć o siebie i odnaleźć odrobinę spokoju.
I chyba właśnie dlatego tak mocno trzymałam kciuki za Zuzę.
Za jej marzenie o własnej restauracji. Za jej odwagę, żeby w końcu zawalczyć o siebie. Za relację z Wojtkiem. Za jej piękną więź z Frankiem. I za to, żeby w końcu mogła poczuć, że znalazła swoje miejsce.
Bo czasami największe szczęście wcale nie wygląda tak, jak sobie wymarzyliśmy.
Czasami przychodzi po cichu.
W małych gestach, w szczerej rozmowie, w czyimś uśmiechu, w dziecięcej ufności, w dłoni wyciągniętej wtedy, gdy najbardziej jej potrzebujemy.
I może właśnie dlatego „Na całe szczęście” zostawia po sobie tak przyjemne uczucie.
Bo przypomina, że nawet kiedy życie mocno nas doświadcza, nie wszystko jest jeszcze stracone.
Dopóki mamy nadzieję, możemy spróbować jeszcze raz.
A czasami właśnie ten kolejny raz okazuje się tym, który prowadzi nas prosto do szczęścia.