Wiersze Lucyny Skompskiej nie wikłają się w autotematyczny deadlock. Znajdują wyjście spod ściany straceń języka, próbując ufać swojej idiomatycznej kartografii. Odzyskują to, co utracone w bezpretensjonalnej migawce światów, które miały miejsce gdzieś między „dwoma Nowymi Zelandiami”.
Rozkładają przed oczami czytelnika kulisty nawrót tego samego w zdaniach na wypadek całkiem realnych śmierci. Zdania te są rzecz jasna ”już napisane”, tak jak oczywisty los utraty dedykowany jest wszystkiemu, co żywe. Niemniej ”litery płyną w żyłach” uruchamiając krwioobieg poetycki Skąpskiej, pracujący na przekór autolizie, w upartym buncie autorki, której dyskretna obecność w polskiej literaturze będzie tylko rosnąć. Jak serce na widok tej poetyckiej jedyności, która w cudowny sposób staje się zaproszeniem do wielości odczytań, identyfikacji i ostatecznie empatii. Współbycia w tym ”nieistnieniu”.
Krzysztof Siwczyk