Dzięki de Camposowi Pessoa mógł robić w poezji to, czego mu, być może, nie wypadało – wiersz stawał się na przykład strumieniem emocji. I te wiersze są niezwykle sugestywne. Kiedy de Campos pisze „Hej! Hopla!”, czytelnik ma ochotę odpowiedzieć: „Hej! Hopla!”. Zaraża entuzjazmem, niepohamowanym apetytem na pożarcie wszechświata: „Moja wyobraźnia to Łuk Triumfalny”. Czasem wścieka się: „Co, do cholery!”, „Teraz zaczyna się Manifest: / Kurwa!”. Czytamy ten tom jak jeden poemat, rwany zapis życia, sejsmograf ogołocenia. Alvaro de Campos zresztą opisuje własną śmierć: „spokojna anonimowa twarz zmarłego”. Niesłychane jest też to, że w tym szaleńczym zapisie jest tak wiele tonów. Jego jest tak dużo – chociaż przecież nie istnieje. Za każdy razem możemy podążać inną ścieżką lektury. Alvaro de Camposa najchętniej cytowałabym w całości. Nie razi nawet, że „me smutne serce robi bum”. Czytelnik to przyjmie, co więcej, uwierzy w szczerość fikcyjnego poety i będzie chciał mu towarzyszyć. To jest właśnie siła literatury. Hej! Alvaro! Hopla!