✖ Opinia niepotwierdzona zakupem
🚨, KTO MI DAŁ ZGODĘ NA TO, ŻEBY KSIĄŻKA O SIEROCIŃCU TAK MNIE PRZECZOŁGAŁA?! 😂❤️ Sięgnęłam po nią z myślą, że poznam kolejną historię osadzoną w trudnych czasach. Dostałam jednak coś znacznie bardziej osobistego. Taką książkę, przy której kilka razy łapałam się na tym, że przestaję być tylko czytelnikiem i zaczynam przeżywać losy bohaterów po swojemu. Czytałam ją na przemian ze słuchaniem audiobooka i ten duet sprawdził się u mnie świetnie. 📖🎧☕ A ja? Siedziałam, słuchałam, czytałam i coraz częściej miałam w głowie jedno: „Pani Sylwio, naprawdę musiałaś mi to zrobić?” 😂 Oczywiście, że to wydźwięk tylko pozytywny. Autorkę ogromnie cenie i szanuję, bo już miałam przyjemność czytać jej książki. Dzisiejsza recenzja dotyczy książki „Sierociniec pełen nadziei” autorstwa Sylwii Kubik.
Mamy rok 1915. Wojna i już na dzień dobry wiadomo, że nie będzie lukru, brokatu ani jednorożców galopujących po tęczy. 🦄😂 Poznajemy Marię oraz jej dzieci, Cecylię i Czesia. Maria próbuje zapewnić dzieciom choć odrobinę bezpieczeństwa, ale wojna ma własne plany. Choroba, bombardowanie, utrata domu i nagle dzieci trafiają do sierocińca prowadzonego przez zakonnice. Przyznam szczerze, że najbardziej weszły mi pod skórę właśnie dzieci. Nie dlatego, że autorka zrobiła z nich jakieś papierowe, idealne postacie, wręcz przeciwnie to dzieci, które chcą mieć obok siebie mamę, chcą czuć się bezpiecznie i po prostu chcą normalnie żyć, a świat funduje im rzeczy, których żadne dziecko nie powinno oglądać ani rozumieć. Jako mama chyba nie potrafiłam czytać tego całkowicie „na chłodno”. Przy Marii automatycznie włączało mi się myślenie: „A gdyby to było moje dziecko?” i wtedy historia przestawała być tylko historią z 1915 roku. Robiła się niepokojąco bliska, bo przecież każda matka chce jednego, a mianowicie żeby jej dziecko było bezpieczne. Możemy mieć różne charaktery, różne życie i różne problemy, ale ten instynkt jest chyba jednym z najbardziej podstawowych, jakie mamy. Właśnie dlatego Maria została ze mną na dłużej.
Patrzyłam na nią nie tylko jak na bohaterkę powieści, ale jak na kobietę, która próbuje zrobić wszystko, co może, kiedy rzeczywistość konsekwentnie zabiera jej kolejne możliwości. Nie ma magicznego rozwiązania. Nie ma przycisku „cofnij”. Jest tylko kolejny dzień i pytanie jak go przetrwać. Powiem Wam szczerze, że miałam ochotę wejść do tej książki, złapać Marię za rękę i powiedzieć: „Dobra. Teraz ja się tym zajmę”. 😂❤️ Oczywiście rzeczywistość szybko przypominała mi, że nie mam żadnej możliwości wejścia do fikcyjnego świata, więc pozostawało mi siedzieć z książką i przeżywać wszystko razem z bohaterami. Może kiedyś wymyślą coś takiego, że będzie można uczestniczyć w historii, którą obecnie będziemy czytać? Fiu, Fiu. 😅 Bardzo mocno działała na mnie również sama perspektywa wojny. Autorka pokazuje przede wszystkim to, co dzieje się z ludźmi, z rodziną, dziećmi czy codziennością. Czytając tę książkę, kilka razy pomyślałam: kurczę jak łatwo przyzwyczajamy się do tego, co mamy. Mam dach nad głową, jedzenie, możliwość pójścia do sklepu, kupienia czegoś, czego akurat potrzebuję, zaparzenia kawy.
Czytam o ludziach, dla których podstawowe rzeczy stają się marzeniem. Mój wewnętrzny dział reklamacji mówi: „Proszę pani, reklamacja na narzekanie została odrzucona. Proszę docenić to, co pani ma.” 😂 I wiecie co? Chyba rzeczywiście warto. Nie w jakimś przesłodzonym stylu „kochaj życie, a wszechświat wynagrodzi Ci wszystko”, tylko zwyczajnie tak po ludzku doceniać, zauważać, pomagać, nie przechodzić obojętnie, bo „Sierociniec pełen nadziei” bardzo mocno przypomina mi również o tym, że nie wiemy, z czym drugi człowiek przychodzi do nas każdego dnia. Może się uśmiechać, może żartować, może wyglądać, jakby wszystko było w porządku, a w środku może właśnie walczyć o przetrwanie własnego świata. Nie potrafię powiedzieć tak po prostu: „to dobra książka”. Człowiek chciał sobie poczytać i posłuchać audiobooka, a dostał jeszcze mały remont własnego myślenia. Polecam całym sercem. Czekam na wasze wrażenia