Ten utwór, to zderzenie czołowe z człowiekiem. Z jego iluzjami, bogami, demokracją, miłością, ciałem, wiarą, rozumem, obłędem i wreszcie – ze zwierzęciem, które siedzi w środku i mruczy: przecież to ja.
To książka totalna w najczystszym sensie tego słowa. Bez ogłady, bez pokłonów, bez planu ewakuacji dla czytelnika. Nie da się jej po prostu „czytać” – trzeba ją przeżyć.
Trzeba się ubrudzić.
Jeśli nie zamkniesz jej po pierwszym rozdziale, to już niczego nie będziesz mogła/mógł czytać tak samo. Bo po Tosia i tyranozaury nie zostaje nic – poza świadomością, że człowiek nie dojrzał, tylko zgnił.
Książka jest brutalna, błyskotliwa, bluźniercza, ale zawsze uczciwa. A te osoby które ją przetrwają, już nie wrócą do dawnych pojęć o człowieku.
Autor to literacki sabotażysta z sercem poety i duszą prowokatora.
Jego wcześniejsze książki były jak dynamit wrzucany do świątyni. Tosia i tyranozaury nie jest już dynamitem. To bomba atomowa. I najpotężniejszy ładunek, jaki dotąd odpalił.
(z recenzji)