✖ Opinia niepotwierdzona zakupem
Przez całe życie gromadzimy wokół siebie różne przedmioty. Otaczamy się nimi. Ich widok cieszy nasze oczy. Podziwiamy je. Lubimy pokazywać innym. Jednak najpiękniejsze są te, z którymi wiąże się jakaś historia. Miłe wspomnienie... To jest wartość dodana. I niezwykła
Rzeka płynie... I czas płynie, tak jak rzeka, w jedną stronę. Nic nie wraca.Rzeka płynie... I czas płynie, tak jak rzeka, w jedną stronę. Nic nie wraca.
Są książki, które zachwycają wartką akcją. Są takie, które zaskakują nieoczekiwanymi zwrotami fabularnymi. Ale są też powieści, których największą siłą są emocje, autentyczność i zwykłe ludzkie wspomnienia. ❤️
Dla mnie właśnie do tej ostatniej grupy należy „Ulice, które pamiętały wojnę” Wioletty Filipowskiej. To niezwykle udany debiut literacki, który poruszył mnie od pierwszych stron i na długo pozostanie w mojej pamięci.
Autorka oddaje głos Apolonii – starszej kobiecie, która postanawia opowiedzieć swojej wnuczce historię swojego życia. Historię pełną bólu, tęsknoty, utraconych marzeń, ale także nadziei i miłości. Dzięki tej formie narracji nie obserwujemy wojny z perspektywy wielkich bitew czy politycznych decyzji. Poznajemy ją oczami zwykłej dziewczyny, której młodość przypadła na najtragiczniejszy okres XX wieku.
Na początku poznajemy Apolonię jako pełną marzeń młodą dziewczynę mieszkającą w Sulejówku. Ma rodzinę, przyjaciółki, plany i nadzieję na spokojną przyszłość. Wszystko zmienia się jednak w jednej chwili. Wojna odbiera jej poczucie bezpieczeństwa i zmusza do bardzo szybkiego dorastania.
Los prowadzi Apolonię, jej młodszą siostrę, mamę oraz babkę do Łodzi. Tam każdego dnia muszą walczyć o przetrwanie. Głód, nieustanny strach, wszechobecna śmierć i niepewność jutra stają się ich codziennością. Autorka nie epatuje okrucieństwem, ale właśnie dzięki temu jej opowieść jest tak przejmująca. Pokazuje wojnę taką, jaką była dla zwykłych ludzi – pełną cichego cierpienia, codziennych wyrzeczeń i dramatycznych wyborów.
Mimo wszechobecnego mroku w życiu Apolonii pojawia się również pierwsza miłość. To właśnie ona staje się promieniem światła w świecie pogrążonym w wojennej ciemności. Daje nadzieję, że nawet wtedy człowiek może jeszcze marzyć o szczęściu. Niestety wojna nie oszczędza nikogo i nie wszystkie marzenia mają szansę się spełnić.
Bardzo podobało mi się, że autorka nie skupiła się wyłącznie na cierpieniu. Pokazała również drobne chwile radości, uśmiechy, rozmowy i zwyczajne momenty, które pozwalały bohaterom choć na chwilę zapomnieć o otaczającym ich koszmarze. To właśnie te pozornie nieistotne sceny sprawiły, że cała historia wydała mi się jeszcze bardziej prawdziwa.
Ogromne wrażenie zrobiły na mnie również kobiety, które pojawiły się na drodze Apolonii – Stefania, Chuda Edka i Felusiowa. Każda z nich wniosła do tej historii coś wyjątkowego. Ich przyjaźń, wzajemna troska i gotowość do niesienia pomocy pokazują, jak wielką siłę potrafi dać drugi człowiek. W świecie, w którym każdego dnia można było stracić wszystko, właśnie takie relacje stawały się największym skarbem.
Nie sposób nie wspomnieć o salaterce z anyżowymi landrynkami. To z pozoru zwyczajny przedmiot, który zyskuje ogromne znaczenie. Staje się symbolem dzieciństwa, rodzinnego domu, wspomnień i świata, który bezpowrotnie przeminął. To jeden z tych motywów, które zostają z czytelnikiem jeszcze długo po zakończeniu lektury.
Przed rozpoczęciem czytania natknęłam się na opinie, że książce brakuje dramatyzmu i emocji. Im bardziej zagłębiałam się w historię Apolonii, tym bardziej zastanawiałam się, jak można dojść do takich wniosków.
Czy naprawdę można powiedzieć, że opowieści o wojnie brakuje dramatyzmu? Przecież każdy dzień bohaterów był walką o życie. Każdy poranek przynosił niepewność, czy nadejdzie kolejny. Wojna sama w sobie jest największym dramatem i nie potrzebuje spektakularnych zwrotów akcji ani sensacyjnych wydarzeń. Najbardziej poruszające są właśnie te zwykłe ludzkie historie.
Dla mnie największą siłą tej powieści są wspomnienia Apolonii. To one sprawiają, że czytelnik przeżywa razem z nią każdy lęk, każdą stratę, każdą chwilę zwątpienia i każdy promyk nadziei. Autorka pokazuje również, że zakończenie wojny nie oznaczało końca cierpienia. Trzeba było nauczyć się żyć od nowa, odbudować dom, rodzinę i własne serce.
Bardzo poruszył mnie także sposób, w jaki Wioletta Filipowska ukazuje miłość. To uczucie spokojne, wierne i niezwykle dojrzałe. Miłość, która nie potrzebuje wielkich deklaracji, bo wyraża się troską, obecnością i codziennym wsparciem. Taka, która potrafi przetrwać nawet najciemniejsze chwile.
To książka napisana z ogromną wrażliwością i szacunkiem dla ludzi, którzy przeżyli podobne wydarzenia. Nie znajdziecie tutaj niepotrzebnego patosu ani sztucznie podkręcanych emocji. Zamiast tego otrzymujecie historię, która płynie własnym rytmem, wzrusza swoją prostotą i przypomina, że za wielką historią zawsze stoją zwyczajni ludzie.
Po zamknięciu ostatniej strony jeszcze długo myślałam o Apolonii i jej rodzinie. O wszystkim, co utracili, ale też o tym, ile siły potrafili w sobie odnaleźć. To jedna z tych powieści, które nie krzyczą. One cicho rozsiadają się w sercu czytelnika i zostają tam na bardzo długo.
„Dom tam, gdzie rodzina. A tam, gdzie rodzina, serce człowieka.” To jeden z cytatów, który najlepiej oddaje przesłanie tej niezwykłej historii.